poniedziałek, 2 lutego 2026

La Chandeleur – dzień świec, światła i naleśników.

 

Naleśnik, który pachnie historią

Są takie poranki, które aż proszą się o naleśniki. We Francji mają na to nawet oficjalny termin.                2 lutego, środek zimy, a w powietrzu zapach masła i ciche skwierczenie patelni. To La Chandeleur – dzień świec, światła i naleśników. I nagle okazuje się, że naleśnik może być czymś więcej niż szybkim obiadem „na słodko”.

Lubię tę myśl, że gdzieś indziej celebruje się zwykłe rzeczy. My mamy tłusty czwartek i pączki, Francuzi – naleśniki. Rytuał prosty, ale powtarzalny. A właśnie w takich rytuałach kryje się sens.


 

 

Złoty placek na szczęście

Kiedyś naleśnik nie był deserem ani kolacją „na szybko”. Był symbolem. Rolnicy smażyli go z resztek mąki z poprzedniego roku, wierząc, że okrągły, złocisty placek przyniesie słońce, urodzaj i nowy początek. Trudno się dziwić – wygląda jak małe, jadalne słońce. I chyba dlatego do dziś działa kojąco.


 

 

Jedna z najstarszych potraw świata

I wcale nie jest tak, że naleśniki to kulinarny wynalazek ostatnich stuleci. Wręcz przeciwnie – to jedna z najstarszych potraw znanych ludzkości. Już około 5000 lat p.n.e. w starożytnym Egipcie smażono cienkie placki z mąki i wody na rozgrzanych kamieniach. Grecy zajadali się teganites   z miodem i oliwą, Rzymianie serwowali słodkie alita dolcia z owocami. 


Francuskie crêpes i dworskie legendy

Francuskie crêpes, dziś uznawane za ikonę tamtejszej kuchni, zaczęły nabierać współczesnej formy w XV wieku, kiedy w manuskryptach pojawiły się przepisy z dodatkiem jajek i mleka. Według legendy prawdziwą popularność zawdzięczają jednak Katarzynie Medycejskiej, która przywożąc je na francuski dwór, zapoczątkowała kulinarną modę trwającą do dziś.

 




Naleśniki na polskim stole

Do Polski naleśniki dotarły w XVI wieku i – podobnie jak we Francji – początkowo były rarytasem dworskim. Najstarsze polskie przepisy odnajdujemy w XVII-wiecznym Compendium Ferculorum Stanisława Czernieckiego.

 

Jeden naleśnik, wiele światów

Lubię to, że ten sam placek potrafi być tak różny. Amerykańskie pancakes są puszyste             i sycące, austriackie Palatschinken delikatne i słodkie, holenderskie naleśniki z boczkiem konkretne i chrupiące, a japońskie dorayaki wyglądają jak deser z bajki,  a w środku kryją słodką pastę z czerwonej fasoli. Ten sam pomysł, milion interpretacji. Jak z życiem.

 


Moje naleśnikowe wybory

Ja naleśniki lubię wszystkie. Naprawdę. Ale serce mam rozdarte między dwoma. Z jednej strony Kaiserschmarrn, czyli kajzerszmira – omlet cesarski, który mógłby być moją codziennością. Z drugiej strony naleśniki wytrawne, zwłaszcza te z serkiem Philadelphia           i wędzonym łososiem. Proste, eleganckie, bez przesady. Takie, które nie potrzebują dekoracji.

 


Przepis bez linijki

Ciasto robię „na oko”. Zawsze. Mąka pszenna, trzy jajka, mleko, szczypta soli i cukru. Konsystencja ma być jak niezbyt gęsta śmietana – taka, która sama chce się rozlać po patelni. Pierwszy naleśnik? Wiadomo. Testowy. Ofiara losu.

Gotowe naleśniki smaruję cienko serkiem, układam łososia, posypuję koperkiem i zawijam. Czasem dodaję jogurtowy sos czosnkowy, jeśli mam ochotę na coś bardziej konkretnego. I to wszystko. Bez fajerwerków.

Bo naleśniki nie muszą być idealne. Wystarczy, że są ciepłe, proste i robione bez pośpiechu. Reszta to już tylko historia, którą dopisuje sobie każdy z nas.

 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz